2017-03-03

united kingdom was fun

I used to say I wanna die before I'm old, but because of you I might think twice ♬ twenty one pilots // we don't believe what's on tv
kiedy open future school zawitało do naszej szkoły po raz pierwszy, Ralph od razu zachwycił się ofertą uniwersytetu, który promują. nic z resztą dziwnego - przepiękna okolica, według opowieści fajne podejście do ucznia, bo przede wszystkim indywidualne, poza tym - uczą praktycznie, nie teoretycznie. tutorzy są gotowi pomagać ze wszystkim, byleby student czuł się jak najbardziej dobrze w ich szkole. i udało mu się - mieszka w Aberystwyth, miasteczka studenckiego położonego w Walii, dokładnie 2243 kilometry ode mnie. otworzył przed nami kolejny epizod, kolejną możliwość pokazania sobie, jak bardzo siebie cenimy i doceniamy każdą wspólną chwilę, oraz jak wiele znaczy dla nas każda rozmowa. uczymy się wspólnego życia kompletnie na nowo, pozwalamy sobie na zrozumienie potrzeb drugiej osoby, akceptujemy znacznie więcej. nadszedł wreszcie tak długo wyczekiwany przeze mnie dzień - Ralph wziął mnie do siebie. jeden dzień podróży, z Rzeszowa do Manchester, z Manchester w pociąg - i wreszcie czołgaliśmy się z dziesięciokilogramowymi plecakami górzystym Aber!

* typowy Ralph & gab, zawsze coś zepsuje/zmasakruje/rozleje *

.aberystwyth, wales


pierwsza rzecz, która uderzyła mnie po wyjściu z dworca: cegła. wszędzie cegła. ceglany chodnik, ceglane budynki, cegły w najrozmaitszej kompozycji, w najdziwniejszych odcieniach. do tego metalowe barierki, dachy ledwo spadziste, drobne drzewka na środku chodnika, niektóre nawet zielone mimo lutego. no właśnie - idąc przez Aber rzucała się w oczy zieleniutka trawa, bujne krzaki, kwiaty w swojej pełnej okazałości. wiedziałam, że jest to perfekcyjne miejsce - z idealnym poziomem chłodu, odrobiną ciepła i piękną architekturą. już wcześniej otrzymywałam zdjęcia od Ralpha, ale to, co zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania! mimo, że było dość późno kiedy dotarliśmy na miejsce, to jednak od razu poczuliśmy całą tę walijską magię. ledwo przeszliśmy kilka metrów, a przeszła przed nami grupka dziwnie ubranych ludzi - w czym jedna osoba była ubrana jako prezent... - i zobaczyliśmy całą masę uśmiechów. nie ukrywajmy, jest to mega miłe!

+ dojazd
okazał się być naszym największym wydatkiem spośród wszystkich! musicie wiedzieć, że transport na terenie UK jest naprawdę drogi. podczas gdy samolot kosztował nas około £30, pociąg z Manchester do Aberystwyth - co jest odległością niewiele większą od Rzeszowa do Krakowa, bo osiąga jakieś 200 kilometrów! - wyszedł nam nieco więcej niż lot... mieliśmy dwie przesiadki, wszystkie trwające zaledwie kilka minut. jechaliśmy pociągami bardzo dobrej jakości, było nam wygodnie i fajnie, nawet pomimo tego, że w jednym z nich musieliśmy postać, bo wszyscy byli uśmiechnięci i cieszyli się naszym Pikachu!

ps: aby zachować bycie Ralphem i gab, na pociągi będziemy mówić pciągi. bo to śmieszne.
Aber samo w sobie jest prawdziwie urokliwym miejscem - wszędzie mogliśmy dostrzec przeszczęśliwych ludzi, którzy byli gotowi pomóc ci i odpowiedzieć na wszystko. jest to niewielka miejscowość usytuowana nad Atlantykiem, głównie zrzeszająca studentów - ale zdziwilibyście, gdybyście zobaczyli ich puby późnym wieczorem, bo większość spędzających tam czas ludzi, to osoby grubo po czterdziestce... dzięki położeniu zaraz przy oceanie, warunki klimatyczne są naprawdę sprzyjające. słońce świeciło przez większość czasu, chmury, mimo że co chwile wisiały, co jakiś czas wypuszczały z siebie przyjemną mżawkę. wiatr co prawda był nieznośny i niszczył mi nieco grzywkę, ale czego można spodziewać się w trakcie lutego?! i tak było dobrze - bo podczas jednego ze spacerów, znalazłam żółte krokusy! 🌷
doskonale pamiętam, jak schowaliśmy się z Ralphem pod kołdrą i patrząc w okno po którym spływały krople deszczu, jedliśmy lizaki. i to było super!

jak już powiedziałam - Aber wybudowane zostało zaraz nad oceanem Atlantyckim. w związku z tym wzdłuż linii brzegowej roztacza się gigantyczna promenada; mniej-więcej w jej środku znajdziemy ruiny starego zamku, pomnik w imię ofiar I i II Wojny Światowej, jak i cudowny widok na morze. naprawdę - Rafał zabrał mnie tam praktycznie na koniec zachodu; nawet jeśli napawam się zdjęciami różowego nieba w Polsce, nic nie równa się zachodowi słońca w Aberystwyth. żałuję, że nie pobiegliśmy zobaczyć go wcześniej - bo mielibyśmy naprawde super fotki! w międzyczasie napomknę, że robienie poniższych zdjęć było mega zabawne, gdy tak stałam i krzyczałam do Ralpha by się pospieszył, bo słońce się już chowa, i niedługo go nie będzie ☺

poza tym warto jeszcze pokazać wam drugą część miasta! zdjęcia powyżej - są właśnie z tego magicznego punktu, najbardziej obleganego i nic dziwnego, jest to praktycznie centrum miasteczka; co innego, kiedy pomyślimy o dalszej części plaży. i owszem, jest równie urokliwa, budynki wciąż przepiękne, kolorowe - tak jak i w całym Aberystwyth. czym się jednak różni? tym, że rozciągają się dwa mosty; na końcu jednego postawiono latarnię morską, drugi jest swoistym deptakiem. nie obeszliśmy go do końca z Rafałem z prostej przyczyny - było okropnie zimno... ale poczuliśmy ten wiatr, wpatrywaliśmy się w morze, zachwycaliśmy się tym, bo uwierzcie, Walia ma w sobie to coś.




.entertainment


mówiłam już, że Aberystwyth to miasteczko studenckie, prawda? wydawać by się mogło, że jest to powód do budowania setek kawiarni i pubów, aby pomieścić wszędzie studentów szukających zabawy po ciężkim tygodniu pełnym pracy i nauki. oj, nic bardziej mylnego - jasne, że studenci są, ale rozglądając się za fajnym miejscem, 80% stolików będzie zajęta przez starszych ludzi, rodziny, albo mężczyzn, którzy po pracy wpadli obejrzeć w fajnym towarzystwie mecz i napić się piwa. szczerze powiedziawszy studenci nielicznie przewinęli się przed nami, pomimo, że przyjechaliśmy na weekend i teoretycznie powinno być ich wielu! tymczasem nie mogliśmy nigdzie zagrzać miejsca na dłużej tylko i wyłącznie dlatego, że starsze panie wymknęły się z domu na pogaduszki i fajne jedzenie i zajmowały miejsca.

poza tym miasto oferuje dużo ciekawych miejscówek. my poszliśmy na bilarda! po zostaniu obsłużonym przez wydziaraną i pełną piercingu kobietę angielskimi napojami, słuchając hitów 2000 roku, mogliśmy przystąpić do gry. nie wzięłam ze sobą tamtego dnia paszportu, a nie posiadam wciąż dowodu osobistego 💁 więc teoretycznie mogliśmy mieć problemy, jednakże po tym, jak Ralph odparł, że i tak i tak nie będę pić alkoholu, pan - pomimo zasad panujących w klubie - machnął ręką i dał nam grać! to tylko pokazuje, jaki stosunek mają Anglicy. pomogą ze wszystkim i konflikty będą omijać, byleby móc się dobrze bawić, bez przejmowania się drobnymi rzeczami.

uniwersytet o którym za chwilke dowiecie się więcej, stale organizuje różnego rodzaju zabawy. w telewizorach cały czas leci piłka nożna, a w głośnikach - podstarzała muzyka popowa. jedzenie jest okropnie tłuste, wszędzie łączenie bekonu z innymi mięsami, do tego rzecz jasna majonez i masakryczna ilość oleju - nie dla moich delikatnych jelit. nawet sałatki potrafią być utrzymane w tych klimatach, dlatego ciężko jest znaleźć coś lekkiego, ale ostatecznie - da się! zz resztą, można żyć na frytkach, bo mają naprawdę rewelacyjne. *wzdych*



.aberystwyth university


jednym z powodów które przyciągnęły nas do Aber były dni otwarte na Aberystwyth University. jest to jeden z najlepszych uniwersytetów w Anglii - czwarty w ich rankingu - i nie ma co się dziwić, jest świetnie zorganizowany, kierunku są zwyczajnie rewelacyjne, a wykładowcy mają indywidualne podejście do studenta, co pozwala mu się na rozwijanie według siebie i swoich zainteresowań! ilekroć Rafał opowiadał mi o swoich zajęciach, zachwycałam się - doprawdy - bo brzmiało to wszystko zbyt idealnie, niczym szkoła z tych wszystkich filmów, gdzie uczeń ma przyjacielski stosunek do nauczyciela. Ralph, posiadając już spory bagaż doświadczenia oraz ogromną wiedzę, i tak i tak może rozszerzać swoje umiejętności właśnie dzięki temu, że do każdego tutorzy są w stanie dopasować poziom. nic więc dziwnego, że szkoła wpadła w oko i mi, nie? dodając fakt, że chciałam tam jechać po prostu dla niego - chodzenie po Rzeszowie bez niego naprawdę wydaje się być puste - i mamy receptę na ogromne chęci w kwestii dostania się do uniwerku! jeżeli tylko szukacie aktualnie czegoś dla siebie, naprawdę polecamy wam zaglądnięcie na ich stronę i obczajenie, co oferują. ☺ Aberystwyth University oferuje bowiem szeroką gamę kursów, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. ja wstępnie celowałam w marketing, jednak po uświadomieniu sobie ile jest w tym matematyki, spasowałam - no nie jestem z niej w żaden sposób dobra... po chwili przemyśleń, wraz z Ralphem podjęliśmy decyzję, że idziemy w sztukę, jako iż jestem nieco zaaferowana tworzeniem - z fotografią za pan brat, porysować też lubię, więc czemu by nie? to już chyba pokazuje, jak wiele dla siebie można tam znaleźć! byłam niestety niepewna, bałam się - to nie było jednak to, czego chciałam. i tu nagle znajdujemy coś co idealnie odpowiada moim zainteresowaniom - biznes, zarówno nauczanie jak postępować w branży, oraz e-commerce, czyli sprzedaż przez internet oraz doza sztuki - jak projektowanie stron internetowych! przeogromnie chciałam na własne oczy zobaczyć, jak uniwersytet prosperuje. nie dość temu wszystkiemu na chwilę przed wyjazdem otrzymałam... ręcznie pisaną pocztówkę od jednego z wykładowców, w której chwalił moje doświadczenie i umiejętności oraz zapraszał na dni otwarte. nawet sobie nie wyobrażacie, ile stresu mnie to kosztowało, bo byłam przekonana, że chcą mnie w ten sposób poinformować, że mnie tam nie chcą... #gab

.london

tak, tak! mieliśmy do tego możliwość zawitania w Londynie! nie na długo, zaledwie na jeden dzień, a potem - musieliśmy śmigać na lotnisko, gdzie też przyszło nam spędzić noc, jednak wspomnienia są naprawdę nieziemskie. świetnie bawiliśmy się z Ralphem spacerując uliczkami gigantycznej stolicy z Pikachu w rękach i stale robiąc zdjęcia; ja co chwilę narzekałam na to, że widzę topshopa, a Ralphie... well, Ralph nigdy nie narzeka, to ja jestem od tego! gdy zatrzymaliśmy się w restauracji i nie zasmakowała mi sałatka - Anglicy robili wszystko, by to naprawić, łącznie z przeniesieniem jej do innego talerza; ale o wiele ciekawsza rzecz spotkała nas w Starbucksie! pracowała tam Azjatka, którą wybitnie rozbawił widok gigantycznego Pikachu siedzącego przy stoliku i czekającego, aż my złożymy zamówienie. jej współpracownik zapytał nas, czy wiemy, że Pikachu lubi ketchup - oczywiście przytaknęliśmy, no bo jakże! zamówiliśmy napoje - Ralph na herbatę, ja na picchino, po czym ruszyliśmy do stolika, gdzie leżał... ketchup. mała tubka ketchupu z Heinza tuż naprzeciw Pikachu. a gdy odbieraliśmy zamówienie, pan krzyknął "pikachino". wyszliśmy stamtąd z gigantycznym uśmiechem. ✨
ale i tak najpiękniejszą rzeczą w tym wszystkim był moment kiedy Ralph tak nagle złapał mnie za dłoń. naprawdę - niesamowitym jest, że nawet teraz, pisząc to, potrafię poczuć jego skórę i przyspiesza mi serce. do tego jeszcze dochodzi świadomość, że dostałam od niego Poke-czapeczkę... wreszcie mogę być pełnoprawnym Raichu!

21 comments:

  1. Jaki świetny blog jeju! I zdjęcia też mi się mega podobają, na pewno zostanę na dłużej! <3

    ReplyDelete
  2. Super post! Zdjęcia jak zawsze genialne ;)

    Zapraszam!
    https://luxjulia.blogspot.com/

    ReplyDelete
  3. Pięknie. Genialny klimat bloga, po prostu idealny <3
    Zdecydowanie dołączam wasz blog do listy moich ulubionych ^^
    https://wiecznamgla.blogspot.com zapraszam do mnie w wolnej chwili ;)

    ReplyDelete
    Replies
    1. ojejku, bardzo nam miło : )

      Delete
  4. Ale zazdroszczę, marzy mi się podróż po UK. A tak w ogóle, świetnie piszesz, oddałaś klimat tych miejsc stuprocentowo :)
    mój blog (klik)

    ReplyDelete
    Replies
    1. ooch, dziękuję Ci! dobrze wiedzieć haha, bardzo mi na tym zależało : )

      Delete
  5. Cudowne zdjęcia. Ja się dziwię zawsze, że oni sobie nie połamią języków i dlaczego są w stanie przeczytać Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch (skopiowałam, o ile llanfair pamiętam to po tym już się gubię i odnajduje się na gogogoch) to ja się dziwię, ale z drugiej strony my mamy Szczebrzeszyn :D Pciąg to klasyka gatunku. Powiem Ci, że e-commerce to fajna sprawa tak długo jak ogarniasz to od strony programowania a nie PR-u itp. rzeczy. Powodzenia z wyborem i obyś trafiła na kierunek, który przypadnie Tobie do gustu :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. prawda! kiedy przechodziliśmy obok zgodnie stwierdziliśmy, że ludzie narzekający na niemieckie kugelschreiber czy rasiershaum nie mają pojęcia o języku walijskim! dziękuję za życzenia haha, również mam nadzieję że plany wypalą :)

      Delete
  6. Ciekawy post i świetne zdjęcia :)
    P.S. grubiutki pikachu wygląda uroczo!
    http://gingerheadlife.blogspot.com

    ReplyDelete
  7. Idealne zdjęcia!
    https://emilkiblog.blogspot.com

    ReplyDelete
  8. Cudowny post, zdjęcia są przepiękne, napatrzeć się nie mogę! :D

    Pozdrawiam i zapraszam do mnie! http://unrealizable-nathalie.blogspot.com/?m=1

    ReplyDelete
  9. Zakochałam się w Twoich zdjęciach! :)

    ReplyDelete
  10. Replies
    1. o jak miło to od Ciebie usłyszeć!! :)

      Delete
  11. Super post i świetne zdjęcia.
    Miłego dnia,
    DaisyLine

    ReplyDelete